Pięciolatka PiS, czyli powrót do PRL

Mateusz Morawiecki lekko się wysypał nazywając „pięciolatką PiS” okres wdrażania projektów społecznych i gospodarczych przez ekipę Jarosława Kaczyńskiego. Pięciolatka to określenie nawet nie z PRL, tylko Związku Radzieckiego. Przymierającemu głodem społeczeństwu obiecywano gruszki na wierzbie za następne pięć lat, dziesięć lat, następne dziesięć i jeszcze następne, i jeszcze, i jeszcze….

Polski Ład, to nowa nazwa Nowego Ładu, którego założenia opowiedzieli wreszcie przywódcy PiS na konferencji prasowej 15 maja. W swoim ulubionym biurokratycznym stylu podzielili projekt na pięć „filarów”. Zastanawiając się nad ich treścią, należy je nazwać trochę inaczej niż autorzy:

pierwszy filar – upaństwowienie służby zdrowia,
drugi – przywileje podatkowe kosztem inwestycji i oszczędności firm,
trzeci – emerytura zachęcająca do pracy,
czwarty – mieszkania za cudze pieniądze,
i piąty – inwestycje, ale tylko państwowe.

Żaden z występujących nawet się nie zająkną w sprawie tego jak będą finansowane te wszystkie zadania. Trudno się dziwić. Możliwości zdobycia dodatkowych środków są ograniczone: dodatkowe podatki, składki i inne daniny (głównie od przedsiębiorców), inflacja i rosnące zadłużenie – także przyszłych pokoleń. Z niektórych deklaracji wynika, że model wzrostu ma być oparty o stworzenie w Polsce zaplecza produkcyjnego dla Europy. To mrzonki. Nie da się zastosować chińskiego modelu gospodarczego w państwie z rozbudowanym socjalem i urzędowo podnoszonymi wynagrodzeniami. Sukces państwa środka opierał się między innymi na dumpingu kosztów pracy i podatkowym. Tego się nie da pogodzić z innymi obietnicami Polskiego Ładu.

Przyglądając się bardziej konkretnym deklaracjom te wątpliwości narastają. Wzrost wydatków na opiekę zdrowotną do ponad 6% w 2023 i 7% w 2027 roku, to postulat nie nowy i nierealizowany nawet pomimo wcześniejszych obietnic podniesienia wydatków do 6%. Ma być poparty reorganizacją służby zdrowia, tak żeby „działała szybko na wszystkich poziomach”. Ta reorganizacja brzmi groźnie, ponieważ w rozumieniu tej ekipy usprawnienie oznacza zwykle upaństwowienie.

Biorąc pod uwagę, że służba zdrowia jest finansowana nie tylko z budżetu, ale również przez samorządy, firmy ubezpieczeniowe, prywatnych inwestorów, organizacje pozarządowe i pacjentów, łączne wydatki na służbę zdrowia (według szacunków ekspertów analizujących całokształt przychodów) to ok. 11%. Jeżeli wzrost wydatków z budżetu będzie związany z upaństwowieniem, a więc odcięciem innych źródeł przychodów, może się okazać, że te docelowe 7% to jest ograniczenie przychodów placówek medycznych, a nie zwiększenie. Nawet jeżeli składka zdrowotna (czyli de facto podatek) pójdzie znacząco w górę. Wyższych składek i podatków od przedsiębiorstw nie złagodzą przesunięcia progów podatkowych. Wręcz przeciwnie, raczej spowodują wzrost kosztów produkcji dóbr konsumpcyjnych, a co za tym idzie przyspieszą inflację, która i tak jest najwyższa od dziesięciu lat.

Tym bardziej, że majstrowanie przy podatkach ma dwie strony. Jeżeli ktoś może zapłacić mniej, to znaczy, że ktoś inny musi wpłacić więcej. Czyli przedsiębiorcy, którzy w trakcie pandemii zamykali lub zawieszali firmy, teraz zamiast pomocy państwa dostaną wyższe, progresywne podatki. Inflacja dotknie także emerytury. Widząc jakim błędem było obniżenie wieku emerytalnego, rząd deklaruje, że zatrudniony, który zrezygnuje z emerytury i pozostanie w pracy będzie zwolniony z podatku dochodowego.

Podobnie z 500+. Politycy zamiast zrewaloryzować tę sumę obiecują po 12 tys. na każde drugie i następne dziecko. Tylko, że efekty niżu demograficznego są takie, że nowych urodzeń będzie coraz mniej z przyczyn obiektywnych. Taniej wychodzi zapłacić z góry za dwa lata niż podnosić świadczenie obowiązujące przez lat 18. Czy to pierwszy krok do faktycznej likwidacji 500+?. Oby tak było, bo jak wielokrotnie zwracałem uwagę, ten program przynosi więcej szkód niż pożytku.

Premier chwalił się, że od 2015 roku oddano w Polsce prawie milion nowych mieszkań. Szkoda jednak, że nie dodał, że rządowy program „Mieszkanie plus” okazał się katastrofą. A deweloperzy i kupujący korzystają z niskich stop procentowych w bankach, które powodują, że bardziej opłaca się inwestować w mieszkania niż oszczędzać. Polityka rządu ma na to wpływ… właściwie żaden. Za to gwarancje kredytowe, oferowany przez administrację wkład własny i umorzenia kredytu w zależności od liczby dzieci wygląda jak kolejne przekupstwo wyborcze, które skończy się podobnie jak 500+. Zerowym praktycznie wpływem na demografię, a wykluczeniem kolejnych grup społecznych z rynku pracy. Nie licząc dodatkowych obciążeń budżetu, który przecież ma realizować inne „wielkie cele”.

Te następne cele to inwestycje. Jak stwierdził premier Mateusz inwestycje „skupią się na transporcie”, a planowanych jest 2,5 tys. kilometrów nowych dróg i autostrad. Zapomniał tylko, że aby rosły inwestycje prywatne potrzebna jest nie tylko infrastruktura, ale przede wszystkim przejrzysty system podatkowy i ograniczenie biurokracji. Wszystko wskazuje na to, że będzie raczej odwrotnie. Wtedy największa korzyść z tych autostrad przypadnie państwowemu de facto Orlenowi, który będzie miał więcej lokalizacji na stacje benzynowe i sprzedaż gazet.

Polski Ład przewiduje też przynajmniej kilka ciekawostek, które wyglądają jak kopie przepisów obowiązujących w latach 60-tych czy 70-tych w PRL. Takich jak wprowadzenie statusu artysty zawodowego, czyli urzędnik będzie decydował czyja praca jest twórcza, a czyja nie. Pomysły ustawy o rodzinnym gospodarstwie rolnym i kodeks rolny wygląda – po doświadczeniach z zakazem sprzedaży gruntów rolnych – jak przywiązanie chłopa do ziemi. No bo przecież, jak stwierdził wicepremier do spraw bezpieczeństwa, „Prawo i Sprawiedliwość reprezentuje polską wieś” i „wielka sprawa polskiej wsi” to jeden z kluczowych problemów.
Nie wyjaśnił jednak czy pomysł, aby „rozbudowywać zamki i pałace” dotyczył poprawy jakości życia na wsi. Być może odnosił się do doświadczeń prezesa Obajtka, który pokazał, jak można prywatny pałac wyremontować za publiczne pieniądze.

Można tak rozwijać zagadki Polskiego Ładu w nieskończoność. Także tę, dlaczego projekt, który od wielu tygodni nazywał się Nowym Ładem nagle zmienił nazwę. Spindoktorom, którzy dyskutowali nad tym czy wybrać nazwę bardziej konkretną czy bardziej patriotyczną, proponowałbym do rozpatrzenia jeszcze jeden tytuł: „Obietnice, obietnice…”.

Ryszard Petru

Inne wpisy

Menu